wśród opadłych liści nie wyrosną astry

chciałoby się znikać, niczym kolor fotografii. naskórek ze starych blizn powstałych na skutek urazów wszelkich nieplanowanych. a moja krew, ona nigdy nie umiała zgęstnieć. by zatrzymać ciepło pod skórą ciała.a myśląc o bliznowaceniu, spotkanie nasze przypadkowością zrodzone, tak trwałe się stało. i nie wiem po kim masz tę przedwczesność i wieczny czas gojenia. bo ta miłość ku tobie za bardzo, za prędko, zbyt długo.

żałosne i nieodpowiedzialne, więc wyparłam. czasem jedynie bezinteresownie na moment odwiedzam za korytarzem myśli. robisz herbaty, rozmawiamy o sprawach, które zdarzyć się musiały i  te, o których zapominamy

prosty makijaż dzienny przywracający chęć do życia

szorstkość twego policzka nigdy nie starczyła. i tylko po to, by miłość oddzielić od serca, zszedł zmysłów ukrwiony nabłonek.

znów będzie zima i pozapalane światła. zmarznięte gołębie o smutnych oczach. i ciebie nie będzie, jak zawsze. a zrolowane rękawy swetra uwierać przedramiona w smutne dni.

nie zrodziłam się z miłości, umrę przed wszystkimi. żyłam dzień lub dwa, wierzyłam godzinę lub mniej

płaczesz jej na usta

dziewczyny w filmach mają ładne oczy i super nogi. posiadają gładkie uda i rozwarte serca. świat jest sobotnio wilgotny, napuchnięty ludzkim zmęczeniem. ty masz ciało, ja mam dreszcze. masz wszystko, ja niekoniecznie.

znów zbudzona koszmarem, sen o tym, że ktoś cię kocha i ma na poduszce. z boleści cały dzień milcząca do siebie. niemota, frajerka, co potyka się zbyt gładko. córeczka mamusi chce umrzeć, ślini się na myśl o ustach, mruczy przeciągle jedno imię, by do północy zgrzeszyć parę razy przyspieszonym tętnem. dotyka go jej rękoma, dyszy do ucha jej ustami. skręca z bólu przyjemności. czy już poznajesz po lepkość śliny.czy po sile owiniętych ud. wróciłam, tak dawno się tobą nie unosiłam

spowiedź jedynej (nakarmiłam kota)

spojrzałam przez okno w stronę miasta na wschód od morza. mgła pokryła ciemne kształty,a drzewa uginały się od zimna. ich konary kłaniają się lub mdleją. świeci się to, co zwykle o tej porze. szyldy sklepów i śpiące już wysokie żurawie. spojrzałam na miasto, na głodne koty i ich silną wolę przetrwania kolejną porę roku. nigdy tego nie czułam, ale uwierz mi mamo, zawsze chciałam. to trudne widzieć swoje jedyne dziecko, ciągle martwe, a przecież tak bardzo żywe. w pokoju unosi się ciepło mruczącego kota. oczy ciągle łzawią, a cień wąsów odbity od świeczki zawsze tańczy. mamo, nigdy nie kochałam chłopca. przypuszczam, że bywali tylko po to bym trzymając ich dłonie nie obgryzać paznokci. nie pamiętam już ich zapachu, ani koloru oczu tuż po śnie. lubili mnie przytulać, a ja lubiłam ich. najbardziej latem, patrząc jak słońce koloruje ich silne dłonie, a sucha skóra schodzi z napęczniałych namiętnością warg. jesień spuszczała im głowy i kazała nie wracać na noc. zimą już nikogo buty nie stały przy progu. na wieszaku tylko mój płaszcz oddychał parującym śniegiem. mogłam już spokojnie czytać przed snem, by mieć naprawdę silnie kolorowe koszmary. miewam je odkąd życie wyszarpało mnie z twoich delikatnych matczynych ramion. na którąś wiosnę jakiegoś spotkałam mówiącego cześć, jakby naszeptując przepraszam. żaden mamo nie wracał. mówili, że na początku byli ze mną, a potem już tylko ze smutkiem. trudno całować błękitu smutek.

czas kończyć, trzeba wyjść na miasto na wschód od morza. zostawiłam trochę ziemniaków, nakarmiłam kota, mamo wrócę kiedy zapalą się szyldy a cień będzie tańczył na zimnej ścianie.

dżdżysty song

nigdy nie będziesz mniej ważny niż zachody słońca, niż miłość do tego miasta, niż potrzeba nowej wiosennej sukienki. musisz to wiedzieć. czy weźmiesz za to odpowiedzialność. czy zostaniesz wschodem słońca,aby porozcinać czerwienią suche powierzchnie powietrza. pachniały karmelem twoje jasne włosy, a w przezroczystych oczach odbijał się ruch spadających liści. nadeszła pierwsza jesień bez ciebie. na razie wiem, że jest mniej dostojna, jest uboga o chwile

w daremność pełna (szkic)

daremnie układasz się do snu, i tak nie wypoczniesz, moje ciało. daremnie  ufasz błogim zaproszeniom nocy. czarne niebo pruje się od nikczemności. jak ciągłość przerwanej twej skóry. zimnem, ostrzem, starością.

umrzesz, me ciało, przestaniesz ulegać. chorobom, zmęczeniu, pragnieniom, potrzebom. i wtedy odpoczniesz, ode mnie.

jeśli pozwolę tobie rozebrać moje myśli

zbyt długo. zbyt długo moczyłam serce w chłodnej wodzie. zbyt długo kamienie i konary. zbyt trudno, by teraz móc nazwać cię dobrem.

boleśnie dziś wschodziło słońce, boleśniej niż ostatnio to bywało. w tym śnie umiałeś mnie kochać, w tym życiu, w tych ciałach i z tą duszą. a słońce zajdzie, jak zwykle – co raz dalej od ciebie

upijacz

bezdomna tobą zaciskam palcem na szyi życia. nie mając przy sobie ni grosza wspomnienia wieczorami wyruszam na obłąkane podróże.

bezdomna tobą plotę warkocze na strzępach serca, pif paf-chyba tak wtedy to brzmiało. nie chciałam, ale musiałeś – zaboleć. chciałeś pamiętać. nie mogłeś

 

parapet się ugina

zabrakło ogrzanego ciałami koca, zabrakło róż na wycieraczce i wspólnego noża do masła. niezrealizowane marzenia o sercu będą śnić się koszmarem. zaleczone rany otwierać cicho i boleśnie.

nikt już nie pokocha wariatki. dla nikogo nie zapłonie na stosie i błogim dymem zatańczy